"Ghost in the Shell". Miał być rozmach i jest [RECENZJA]

Od momentu ogłoszenia, że Amerykanie zabierają się za „Ghost in the Shell”, zaczęły rodzić się obawy, czy podołają oraz czy udźwigną ciężar takiego projektu. Dodatkowo, gdy okazało się, że w roli głównej wystąpi Scarlett Johansson, kontrowersje wokół tytułu tylko narastały. Teraz film wyreżyserowany przez Ruperta Sandersa trafił do kin i możemy się przekonać na własnej skórze, czy wszelkie strachy i niepokoje były zasadne.

Multimedia

„Ghost in the Shell” oparte jest na mandze stworzonej przez Masamunego Shirowa, którą wydawano od 1989 roku. Akcja rozgrywa się w przyszłości, gdzie właściwie wszystkie sfery życia ludzkiego zostały skomputeryzowane i podział na real oraz wirtualną rzeczywistość niejako zanikł. Major (Scarlett Johansson) należy do elitarnej Sekcji 9 i została stworzona do walki z przestępczością. Jest cyborgiem, a z jej ludzkiego życia pozostał wyłącznie mózg. Nawet pamięć jej wyczyszczono, aby mogła w pełni skupić się na tym co jest tu i teraz. Tyle tylko, że na jej drodze pojawi się ktoś, dzięki któremu zacznie na nowo odkrywać swoją dawną tożsamość i już nic nie będzie takie oczywiste.

Film Ruperta Sandersa to wielkie widowisko, wręcz wizualna uczta, gdzie możemy raczyć się przepięknymi kadrami, kontrolowanym chaosem i feerią kontrastujących ze sobą barw. To show, nastawione na konkretny efekt, przez co „Ghost in the Shell” ogląda się bardzo dobrze. Miał być rozmach i jest. Jednak widać, że twórcy mieli ciut większe ambicje niż stworzenie wyłącznie święcącej wydmuszki, co paradoksalnie trochę ich zgubiło. Wszelkie rozważania natury filozoficznej brzmią banalnie, a wszystko przez przepełnione patosem dialogi, gdzie prawie każde słowo wypowiadane jest, jakby było ostatnim w życiu. Tak, jakby każde zdanie musiało mieć głębię oraz moc.

Wygląda to dość zabawnie, a nawet komicznie, przez co trudno poważnie traktować losy ekranowych bohaterów. A szkoda, bo „Ghost in the Shell” to materiał na poważny film, dotykający natury ludzkiej, naszej moralności oraz zadający pytania, kim jest człowiek i jak daleko można go udoskonalać bez wyzbycia się jego człowieczeństwa. Tam, gdzie miała toczyć się dyskusja o własnej tożsamości i tym, co definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy, została sprowadzona do w pełni zamerykanizowanej ckliwej historyjki rodem z melodramatu. Coś poszło nie tak.

"American Honey". Bawmy się, nawet jeżeli dookoła wali się światZobacz więcej

Inną sprawą jest zwyczajna wtórność „Ghost in the Shell”. Przez cały seans nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam kolejny remake „Robocopa”, gdzie tym razem w roli supergliny podziwiam kobietę. I właśnie na tym polu doskonale widać różnice klas; zarówno Paul Verhoeven, jak i José Padilha, to twórcy legitymujący się własnym stylem i oni potrafili uchwycić wszelkie poważne rozważania na ekranie, łącząc to ze świetnym widowiskiem, co nie do końca udało się twórcy „Królewny Śnieżki i Łowcy”. Brak doświadczenia? Być może.

Ciekawym wyborem castingowym na pewno była Scarlett Johansson. Urodzona w 1984 roku aktorka rozumie konwencję i potrafi się w niej odnaleźć, tworząc postać z charakterem, której się szczerze kibicuje. Ale też już widać pewną rutynę, to dla Johansson kolejny film po „Pod skórą” czy „Lucy”, gdzie wciela się w postaci będące w pewien sposób do siebie zbliżone. Co oczywiście nie oznacza, że zagrała źle. Widok, gdy przechadza się po mieście w swojej zielonej bomberce, a pewność siebie jest wówczas jej znakiem rozpoznawczym, będę miał długo w pamięci.

Co do reszty obsady można mieć już bardziej mieszane uczucia. Juliette Binoche wygląda jakby znalazła się na planie przez pomyłkę, natomiast zaskoczeniem jest Pilou Asbæk. Mocna, lecz pozostawiająca niedosyt rola, scenarzyści chyba mocno ją okroili. Ale nie miejcie złudzeń, prawdziwym szefem filmu i tak jest Takeshi Kitano, który gra w stylu doskonale znanym z jego filmów, więc wiadomym jest, że z tym panem się nie zadziera. Nawet jeżeli ma siwiznę na głowie.

„Ghost in the Shell” to widowisko, które świetnie się ogląda, ale finalnie czegoś tutaj brakuje. Tak jakby autorom w pewnym momencie zabrakło albo odwagi, albo chęci, żeby w ramach kina rozrywkowego umiejętnie sprzedać poważną historię, a zamiast tego ubrano całość w typowy amerykański patos. Trochę szkoda, ale podejrzewam, że i tak nie będziecie żałować tych 106 minut seansu. Ja się dość dobrze bawiłem.

Ocena: 6/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"GHOST IN THE SHELL" W KINACH OD 31 MARCA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 31 marca 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Ja (gość)

    Bylem widzialem i 6/10 to za duzo. Moze dla kogos kto nie ma porownania z pierwowzorem film bedzie ok. Ale 4/ 10 to max.

    02.04.2017 12:04

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×