"#Jestem M. Misfit" [RECENZJA]. Witamy w Bigoslandii, czyli polska odpowiedź na "High School Musical"

"#Jestem M. Misfit" to film, który będzie łatwo obśmiać. Że youtuberzy. Że influencerzy. Że dzieciaki. Że kalka zachodniej produkcji. I tak dalej, i tak dalej. Czy jesteśmy świadkami (kolejnego) upadku polskiej kinematografii? Nic z tych rzeczy.

Multimedia

"#JESTEM M. MISFIT" - RECENZJA

Zacznijmy od małej historii tytułu "Misfit", bo prawdopodobnie nie wszyscy ją znają, z hejterami na czele. "Misfit" urodziło się w 2017 roku w Holandii, gdzie reżyser Erwin van den Eshof postanowił nakręcić młodzieżową komedię z youtuberami w rolach głównych. Miało być głośno, kolorowo i instagramowo. Sztuka ta się udała, więc rok później reżyser wyjechał do Niemiec, aby powtórzyć ten zabieg i zrealizować wersję z niemieckimi gwiazdami młodzieżowego internetu, a po powrocie do Holandii zrobił jeszcze "Misfit 2". W ten sposób tytuł stał się formatem, którego licencję kupiło Tako Media; wówczas zaangażowano Marcina Ziębińskiego jako reżysera, poprzez castingi wyłoniono najzdolniejszych polskich youtuberów i młodych wokalistów oraz wokalistki, wydzwoniono Tomka Karolaka i tak w niecałe dwa tygodnie powstało "#Jestem M. Misfit". Proste, prawda?

Gdy dowiedziałem się, że powstaje film z polskimi youtuberami w rolach głównych, w obsadzie jest Karolak, a całość kręci ponad 50-letni reżyser to w mojej głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza, jednak Ziębiński już lata temu niedocenionym "Gniewem" potwierdził, że jest reżyserem, który zna się na swoim fachu. Tutaj wykonał powierzoną mu robotę i według instrukcji dołączonej do licencji odtworzył sceny, jednocześnie trzymając w ryzach (w większości niedoświadczonych pracą na prawdziwym planie filmowym) młodziaków, którzy może i potrafią gadać do kamery, którą trzymają w rękach, ale nakręcenie prawdziwego filmu to już o wiele większa sztuka. I tu trzeba przyznać, że udało się ujarzmić i poprowadzić naszych milusińskich influencerów, bo na ekranie prezentują się przynajmniej przyzwoicie. Szczególnie Sylwia Lipka ma potencjał, chętnie bym ją zobaczył w dojrzalszej produkcji, gdzie mogłaby bardziej zagrać niż być sobą. Miło patrzyło się również na Emilię Królikowską, pięknie bawiącą się stereotypowością swojej bohaterki - coś czuję, że jeszcze nie jeden romkom przed tą dziewczyną!

Sylwia Lipka debiutuje na wielkim ekranie! Kiedy premiera filmu z polskimi Youtuberami w rolach głównych?Zobacz więcej

Największym problemem "#Jestem M. Misfit" jest scenariusz; widać, że jest przepisany z zachodniej wersji, jedynie wzbogacony o wątki polskie. Ale z drugiej strony - to produkcja dla młodzieży, mocna inspirowana serialami oraz filmami sygnowanymi logo Disney Channel, więc też trudno oczekiwać czegoś wybijającego się poza schemat komedii romantycznej. I mimo, że mamy do czynienia z najbardziej banalną z możliwych opowieści, to jest w tym jakiś urok i ogląda się to bezboleśnie. Co z tego, że rok szkolny trwa maksymalnie tydzień, w szkole nie ma lekcji i nauczycieli, a placówka jest tak kolorowa i "amerykańska", że na jej widok niektórym jeżyłby się włos na głowie? Zaryzykuję stwierdzenie, że przerysowanie polskiego "Misfit" i osadzenie akcji w odrealnionym świecie jest jednym z plusów tej produkcji. Starczy tej szarości w Bigoslandii.

Wszystko było całkiem w porządku, gdyby twórcy, a właściwie producenci, nie zdecydowali się na jeden karygodny manewr; ja naprawdę rozumiem, że lokowanie produktów w świecie filmów, seriali czy programów rozrywkowych jest już normą. Pieniądze nie śmierdzą, a przecież trzeba za coś spłacać kredyty. Jednak, gdy product placement jest tak nachalny, że staje się częścią fabuły, to już tego wybaczyć nie mogę. Niedawno myślałem, że Patryk Vega poszedł na całość w "Polityce", ale producenci wraz z pewną telefonią komórkową idą w "#Jestem M. Misfit" jeszcze dalej. Miało wyjść zabawnie, a wyszło niezręcznie i wręcz żenująco.

"#Jestem M. Misfit" to film, który zapełnia niszę, której polscy filmowcy do tej pory unikali. Z niewiadomych przyczyn nie robi się u nas filmów dla młodzieży, a szkoda. Sam pamiętam, jak z 13 lat temu potrafiłem czerpać radość z seansu "High School Musical", a teraz otrzymałem podobny produkt w polskiej wersji. Czemu tak późno? Nie wszystko się tutaj udało, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie uśmiechnąłem się w kilku momentach czy nie podrygiwałem nóżką do hitu dziewczyn z My3. Jest to dość zgrabne i miłe dla oka. Kupuję ten kolorowy świat i tę konwencję, bo chociaż wiem, że mam do czynienia z produktem nastawionym na zarabianie pieniędzy, to w dzieciakach na ekranie widzę ogromną szczerość i radość z tego co robią. Tylko tyle i aż tyle. Poza tym film nie ma pretensji do nikogo, nie aspiruje do bycia ambitną próbą sportretowania polskiej szkoły (na szczęście!), tylko jest czystą rozrywką. Ale słabego product placementu nie daruję.

Ocena: 5/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 11 listopada 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×