"Mayday" [RECENZJA]. Teatralny hit przeniesiony do świata filmu. Udana komedia czy parada fekalnego humoru?

"Mayday" Raya Cooney'a to jeden z największych teatralnych hitów. Widzowie na całym świecie wprost oszaleli na punkcie tej farsy, która zawsze daje gwarancję wyprzedania sali. Czy takim samym przebojem będzie polska adaptacja filmowa w reżyserii Sama Akiny? Sprawdziliśmy!

Multimedia

"MAYDAY" - RECENZJA

Poznajcie Janka Kowalskiego (Piotr Adamczyk) - na pierwszy rzut oka to normalny facet w średnim wieku, żaden odmieniec. Jest jednak coś, co go zdecydowanie wyróżnia na tle innych mężczyzn, a mianowicie pan Janek ma... dwie żony! A to się wiąże z dualizacją całego życia; jeden mały błąd i pięć lat funkcjonowania na dwa domy wyjdzie na jaw. Chociaż czasem wystarczy też zwykły pech...

"Mayday" już w swoim założeniu jest farsą i komedią pomyłek, więc trudno oskarżać twórców o to, że na ekranie często oglądamy sytuacja mające z logiką niewiele wspólnego. Takie są prawa tego gatunku, gdzie nieprawdopodobne staje się prawdopodobnym, chociaż z drugiej strony poznanie kulisów tego, jak Jankowi w ogóle udało się zawrzeć dwa związki małżeńskie mogłoby być ciekawsze niż rzeczywista fabuła.

I właśnie w tym miejscu mam największy problem, bowiem "Mayday" jest szalenie nierównym filmem. Znajdziecie tutaj sceny, przy których będziecie się turlać ze śmiechu, jak chociażby sekwencja krakowskiego wesela, gdzie prym wiedzie świetnie Sandra Staniszewska-Herbich, ale w innych miejscach doszukacie się ekranowej nudy i braku dynamiki. Nie mówiąc już o wątku kryminalnym, który finalnie strasznie irytuje i zwyczajnie jest bezbekowy.

"Archiwista". Ciężki kryminał na piątkowy wieczór czy grzeczna produkcja familijna? Oceniamy nowy serial kryminalny TVPZobacz więcej

Zresztą żarty to też sinusoida. Obok udanych gagów i zabawy humorem sytuacyjnym, otrzymujemy zbyt wiele fekalnego humoru, gdzie gazy jelitowe wychodzą na pierwszy plan. Scenarzystom ewidentnie zabrakło pomysłów, a najśmieszniejsze sceny dystrybutor w większości zaprezentował już w zwiastunie. No i kobiety. I to nie byle jakie, bo żony... Niestety Anna Dereszowska i Weronika Książkiewicz są jedynie elementem scenografii, ich bohaterki nie są ciekawe, a aktorki niewiele mają do grania. Szkoda, bo własnie w paniach tkwił ogromny potencjał.

Jednak "Mayday" ma jeden, naprawdę duży plus, który finalnie sprawia, że na całość patrzy się całkiem bezboleśnie. Adam Woronowicz jest królem tego filmu! Aktor TR Warszawa w końcu został obsadzony w komediowej roli, co pozwoliło odpalić mu się w pełni. Woronowicz szaleje, kradnie KAŻDĄ scenę, w której się pojawia i potrafi bawić się swoją postacią. Tego samego nie można powiedzieć o grającym na autopilocie Piotrze Adamczyku, który jest dokładnie taki sam jak we wcześniejszych komediach ze swoim udziałem, z "Wkręconymi" na czele.

"Mayday" zapewne znajdzie swoją widownię. Humor jest podany w sposób łopatologiczny, przaśny i często wulgarny. Doliczmy do tego obraz kobiet i oczywiście obowiązkowe heheszki z homoseksualistów... myślałem, że takie prymitywne podejście do niektórych kwestii społecznych już wymarło w kinie. Aczkolwiek nie brakuje też jaśniejszych momentów, gdzie rzeczywiście trudno się nie roześmiać, a Adam Woronowicz po prostu "robi robotę". Łatwe i proste kino. Czy przyjemne? Tę kwestię pozostawię już wam.

Ocena: 4/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 11 stycznia 2020 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×