"Młyn i krzyż". Po drugiej stronie płótna [RECENZJA]

By uzyskać trójwymiarowość obrazu jeden kadr w filmie Majewskiego czasem składa się z ponad 100 warstw!

Multimedia

NASZA OCENA: 9/10

Do tej pory, by zobaczyć, wejść, doświadczyć malarstwa w sposób namacalny, trzeba było co najmniej użyć substancji halucynogennych. Teraz wystarczy obejrzeć „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, który rozłożył na czynniki pierwsze dzieło Pietera Bruegla „Droga na Kalwarię”, by pomóc nam prześledzić losy parunastu spośród 500 bohaterów jego obrazu. Samo to byłoby już niezwykłym zabiegiem, jednak Majewski, zafascynowany nowymi możliwościami w kinie, poszedł dalej. By móc zaprosić nas w głąb obrazu, zdecydował się na użycie technologii CGI i technologii animacji 3D. „Wykonana praca może być porównana do tkania ogromnego cyfrowego gobelinu zbudowanego z wielowarstwowych perspektyw, zjawisk atmosferycznych i ludzi”. Dodajmy, że gobelinu tkanego aż trzy lata, w tym gros czasu zajęła obróbka, by kadr maksymalnie przypominał fragment obrazu. I dodajmy, że ta praca się opłaciła, bo spod ręki Majewskiego wyszło arcydzieło wizualne, obraz, który mówi, żyje, oddycha z jego mieszkańcami, bohaterami uchwyconymi i pokazanymi w prozie życia, w porannym przebudzeniu się, w śniadaniu na trawie, ale i w tego życia tragedii – ukrzyżowaniu na kole, biczowaniu, pogrzebaniu żywcem.  Majewski wydobywa z obrazu filmowego to, co w obrazie pierwotnym najmniej widoczne, a najistotniejsze. Zatrzymuje się na moment, a co najważniejsze – każe i nam się zatrzymać i zastanowić nad poszczególnymi motywami, pochylić nad bohaterami, zwykłymi ludźmi, którzy są czasem widzami, a czasem aktorami w przedstawieniu, jakim jest życie. Trudno powiedzieć, czy dialogi w filmie przeszkadzają, czy pomagają. Na pewno więcej wiemy (rozmowy Nicolaesa Jonghelincka z Pieterem Brueglem), zwłaszcza o kontekście  historycznym – wszak namalowany w 1564 roku obraz inspirowany Biblią jest komentarzem do konfliktu religijno-narodowościowego i hiszpańskiej okupacji. Dla mnie jednak mogłoby ich nie być, bo ten film to przesłanie dla oczu, nie uszu. Tym przesłaniem jest odkrycie Bruegla i to się Majewskiemu udało.

Sam reżyser zainteresował się pisarzem dzięki podróżom. Otóż jako młody człowiek bardzo często jeździł do swego wuja muzykologa, mieszkającego w Wenecji. Podróż wymuszała dzień pobytu w Wiedniu, toteż młody Lech regularnie chadzał do Kunsthistorisches Museum, w którym wisiały obrazy Bruegla, by – jak mówi – wejść do wnętrza hipnotyzujących go obrazów. A mówi o nich, że ich przestrzeń – mimo pozornego chaosu – jest starannie zaprojektowana i zazwyczaj ukrywa prawdziwe znaczenie obrazu. Obrazy ukrywają jeszcze jedno – niesamowitą perspektywę. By odkryć, ilu rodzajów perspektyw użył Bruegel, Majewski przy pomocy współczesnych technologii cyfrowo zamalował postacie. Okazało się, że pozbawiony bohaterów obraz ma aż siedem perspektyw, które mieszczą w sobie aż 500, nie wadzących sobie bohaterów!

Beata Cielecka

WRÓĆ DO PROGRAMU TV!

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×