"Noc Walpurgi". Sadomasochistyczna uczta emocjonalna [RECENZJA]

Takiego debiutu, jaki „Nocą Walpurgi” zaliczył Marcin Bortkiewicz, można życzyć każdemu filmowcowi. Urodzony w Słupsku reżyser, do tej pory zarabiający na życie poprzez m.in. realizację paradokumentów, bez kompleksów wszedł do polskiej kinematografii i na nowo tchnął aktorskie życie w Małgorzatę Zajączkowską. Chociaż rok się jeszcze nie skończył, jestem przekonany, że "Noc Walpurgi" w podsumowaniach będzie wymieniana jako jeden z najciekawszych tegorocznych polskich filmów.

Multimedia

Pozornie spokojna noc z 30 kwietnia na 1 maja 1969 roku. W jednej z genewskich oper pojawia się młody, lekko nieokrzesany oraz speszony dziennikarz Robert (Philippe Tłokiński), który za wszelką cenę chce przeprowadzić wywiad z divą Norą Sedler (fenomenalna Małgorzata Zajączkowska). Chłopak zrobi oraz wytrzyma wiele, aby tylko otrzymać szansę rozmowy z rozkapryszoną artystką, która przecież „nie jest jak każda diva”. Jego determinacja jest wyjątkowo niezdrowa, musi się za nią kryć drugie dno. Mężczyźnie z francuskim paszportem chodzi o coś więcej niż zwyczajną rozmowę o sztuce, ale początek jeszcze nie zwiastuje, że obraz Bortkiewicza przerodzi się w sadomasochistyczną ucztę emocjonalną, gdzie im mocniej się uderzy, tym większą ekstazę się osiągnie.

NIEJEDNOZNACZNA RELACJA

„Noc Walpurgi” opiera się na monodramie „Diva” autorstwa Magdaleny Gauer, który Marcin Bortkiewicz, przy wsparciu autorki pierwowzoru, rozwinął do scenariusza rozpisanego na dwoje aktorów. Podział pracy był prosty – urodzony w 1976 roku twórca zajął się postacią młodego dziennikarza, natomiast za divą stała jej twórczyni. Ten system pracy, gdzie dwoje autorów tak naprawdę usiadło przed pustą kartką i dało się ponieść swoim wyobrażeniom, bardzo dobrze się sprawdził. Chęć rywalizacji pomiędzy artystami przeniosła się na papier, a następnie na ekran, przez co widzowie otrzymali pełnokrwiste postacie, niezwykle prawdziwe i w równym stopniu fascynujące, jak i w pewien sposób przerażające.

Siłą produkcji jest niejednoznaczna relacja głównych bohaterów, szalenie przepełniona erotyzmem oraz z minuty na minutę coraz mniej tłumioną agresją. Nora Sedler i Robert już od pierwszych chwil swojego spotkania rywalizują, początkowo upewniając się na ile mogą sobie pozwolić. Gdy alkohol pójdzie w ruch, a duet nabierze pewności siebie, hamulce puszczają. Bohaterowie słowami, niczym sztyletami, dźgają się na przemian, a ta wymiana przykrości sprawia im przyjemność. To wojna, w której nie bierze się jeńców, wszystkie chwyty są dozwolone.

SŁOWA SĄ BRONIĄ

Podobnie jak w teatrze, tak i w filmie Marcina Bortkiewicza, najgroźniejszą bronią bohaterów są słowa. To za ich pomocą opisują świat, a także potrafią sobie zadawać rany. Słowa służą również do opowiedzenia okrucieństw wojny, którą być może i niektórzy przeżyli, ale jej piętnem zostali naznaczeni do końca swoich dni. Ich nową tożsamością stały się wytatuowane na rękach numery; można je zakryć na skórze, ale wspomnień nie da się wymazać. Bortkiewicz bawi się – chociaż może odpowiedniejsze było było określenie „znęca nad” – swoimi postaciami, umieszczając je w skrajnych sytuacjach. Ciekawią go reakcje bohaterów oraz przekraczanie kolejnych granic. W sytuacji ekstremalnej człowiek jest zdolny do wszystkiego.

„Noc Walpurgi” to obraz ukazujący duet manipulantów, nie wiadomo które z nich ma czystsze intencje i do czego ma prowadzić finał rozmowy, ale wiadomo, że nad ranem dla tej dwójki już nic nigdy nie będzie takie same. Reżyser zderza ze sobą skrajności – młodość zestawia z dojrzałością, miłość z nienawiścią, pożądanie z pragnieniem zadania bólu. W jednej chwili pokazuje scenę przepełnioną komizmem, aby za kilka sekund całkowicie zmienić ton opowieści i zacząć grzebać metaforycznym kijem w nigdy niezabliźnionej ranie. Zabiegi te powodują, że akcja jest wartka, a widz nie może nawet na chwilę stracić uwagi i czujności, gdyż wiele mogłoby go ominąć. Z tej garderoby nie można ot tak po prostu wyjść.

WSPANIAŁA ZAJĄCZKOWSKA

Oczywiście nie moglibyśmy mówić w takich superlatywach o relacji bohaterów, gdyby nie idealnie dobrana obsada. O wspaniałej kreacji Małgorzaty Zajączkowskiej powiedziano już tak wiele, że w zasadzie można dodać wyłącznie, że skandalem było pominięcie jej w zwycięskich werdyktach na festiwalu w Gdyni. Urodzona w Warszawie artystka była bezbłędna i doskonała; więcej, właśnie dla takich ról kobiety zostają aktorkami.

Kroku Zajączkowskiej starał się dotrzymywać Philippe Tłokiński. Dla urodzonego we Francji aktora z polskim rodowodem była to pierwsza tak duża rola w polskiej produkcji i zaprezentował się z naprawdę dobrej strony. Tłokiński ma olbrzymi potencjał, który w największym stopniu pokazywał w scenach komicznych. Zapamiętajcie to nazwisko oraz tę twarz, bo mam wrażenie, że wkrótce coraz częściej będzie pojawiać się na kinowym ekranie.

BEZCZELNY DEBIUT

Film ujmuje swoją formą, co jest ogromną zasługą autora zdjęć, Andrzeja Wojciechowskiego. Każdy z tych czarno-białych kadrów jest przesiąknięty klimatem zachodniej artystycznej bohemy lat 60. i na dobrą sprawę każdy z nich chciałoby się powiesić na ścianie w formie obrazu. Te zdjęcia zwyczajnie zapadają w pamięć.

Trzeba to powiedzieć wprost – Marcin Bortkiewicz nie tylko w odważny sposób wszedł do polskiego kina, ale przede wszystkim w bardzo bezczelny. Nie zachował się jak pokorny uczniak, który zgodzi się na wszystko, aby zrealizować film, tylko od początku do końca kurczowo trzymał się swojej wizji. I to się opłaciło. Mimo, iż „Noc Walpurgi” rozczarowuje jedynie pod względem dość przewidywalnego zakończenia, jest to produkcja zrobiona bez żadnych zahamowań, świetnie zagrana oraz ciesząca oko. Czy można czegoś jeszcze życzyć reżyserowi? Chyba tylko tego, aby kolejny film był równie dobry albo jeszcze lepszy, bo niewątpliwie w polskim kinie właśnie objawiła się niezmiernie ciekawa i nieszablonowa postać. Szkoda by było, gdyby ten talent się zmarnował.

„Noc Walpurgi” to trochę taki Kopciuszek polskiej kinematografii. Projekt, któremu na początku niektóre instytucje nie do końca były przychylne, a pieniądze zbierano m.in. poprzez crowdfunding, przeobraził się w piękną i dostojną księżniczkę. Marcin Bortkiewicz za sprawą tego filmu wysoko zawiesił sobie poprzeczkę, ale coś mi podpowiada, że kolejnym obrazem znowu wszystkich nas zaskoczy. Trzymam kciuki.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"Noc Walpurgi"

Reżyseria: Marcin Bortkiewicz
Scenariusz: Marcin Bortkiewicz, Magdalena Gauer
Obsada: Małgorzata Zajączkowska, Philippe Tłokiński
Zdjęcia: Andrzej Wojciechowski
Gatunek: komedia, dramat
Rok produkcji: 2015
Czas trwania: 75 minut

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 29 września 2015 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×