"Parasite" [RECENZJA]. Ludzkie karaluchy walczą o przetrwanie, czyli klasizm wiecznie żywy. Koreańczycy nakręcili najlepszy film ostatnich lat? Zasłużone Oscary 2020?

"Parasite" to filmowy fenomen. Najpierw Bong Joon-ho podbił festiwal w Cannes, a następnie przyszedł czas na hollywoodzką ekspansję, która poskutkowała czterema Oscarami oraz planami zrealizowania serialowej wersji przez HBO! To robi wrażenie.

Multimedia

"PARASITE" - RECENZJA

Jednak nie myślcie, że Bong Joon-ho to anonim w Hollywood. Przecież poprzednim filmem koreańskiego twórcy jest głośna "Okja", która została zrealizowana na zlecenie Netfliksa i mówiło się o niej naprawdę dużo. Wyrobione nazwisko to jedna z przewag Koreańczyka, ale czy wszyscy zakochaliby się w "Parasite", gdybyśmy nie mieli do czynienia z dobrym filmem? Pozwólcie, że nie będę odpowiadać na własne pytania retoryczne. Bong jest uważnym obserwatorem współczesności, co mocno wybrzmiewa z ekranu. Gi-woo (Woo-sik Choi) i jego rodzina nie znają pojęcia "życie". Ich codzienność polega na wegetowaniu; jedzeniu żarcia znalezionego w śmieciach, próbie zarobienia jakichkolwiek pieniędzy oraz wyłapywaniu resztek sygnału darmowego wifi. W Internecie chociaż mogą być lepszą wersją samych siebie.

Poniżeni własną egzystencją, nie poddają się, tylko ciągle znajdują się na szlaku po czek i przemierzają rzeczywistość w pogoni za lepszym jakości życiem. Gdy już złapią trop, to zrobią wszystko, aby z danej szansy i możliwości wycisnąć wszystko, co tylko się da. Niczym karaluchy zagnieżdżają się, sprawiając, że trudno będzie się ich pozbyć. Chociaż "Parasite" na pierwszy rzut oka wydaje się być dość prostym konstrukcyjnie i tematycznie filmem, to jednak koreański triumfator tegorocznych Oscarów naprawdę prezentuje nam kilkupiętrowe fabularne rusztowanie, gdzie na każdym z poziomów otrzymamy coś kompletnie innego. Na parterze mamy czarną komedię, która następnie staje się thrillerem, po czym przechodzi w moralitet.

Ameryka przeżywa swój koreański sen, czyli zaskoczenia kontrolowane. "Boże ciało" nie miało szans na Oscara?Zobacz więcej

Warto czytać to, co "Parasite" prezentuje między wierszami. Kto jest dobry, a kto zły? Czy w ogóle w przypadku bohaterów tej produkcji możemy posłużyć się takim podziałem? Wszyscy mają coś na swoim sumieniu. W każdym przynależność do rodziny kłóci się z egoizmem, aż w finale ze wszelakich twarzy spadną maski, a od dawna ukrywane kompleksy i wściekłość wezmą górę. Bong Joon-ho krytycznie patrzy na społeczeństwo, gdzie z jednej strony każdy uśmiecha się do każdego, ale z drugiej wciąż o wartości człowieka decyduje pozycja społeczna oraz stan posiadania. Klasizm, chęć społecznego awansu oraz szaleńcza pogoń za pieniądzem - taka mieszanka musi skończyć się tragedią.

"Parasite" to bez wątpienia jeden z najciekawszych filmów 2019 roku, a przy okazji ciekawa analiza ludzkiej natury. Bong Joon-ho wygrywa uniwersalnością spojrzenia i dystansem do swoich bohaterów, których jedynie przedstawia widzom, niczego im przy okazji nie sugerując. To ogromny plus, aczkolwiek koreański twórca mógłby w końcówce filmu lekko wyhamować i zostawić publiczność w większej niepewności, bo epilog był chyba najbardziej zbędną cząstką "Parasite".

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 10 lutego 2020 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×