"Słodki koniec dnia" [RECENZJA]. Trafna analiza współczesności, elit oraz wyliniałych autorytetów, czyli Krystyna Janda w wysokiej formie

Jacek Borcuch długo kazał nam czekać na swój nowy film, ale gdy już zaprezentował światu "Słodki koniec dnia", to od razu obraz został skąpany w deszczu nagród. To tylko zaostrzało apetyt przed polską premierą. "Słodki koniec dnia" właśnie trafił do kin, więc mówimy sprawdzam!

Multimedia

"SŁODKI KONIEC DNIA" - RECENZJA

"Słodki koniec dnia" przenosi nas do słonecznej Volterry, pięknego włoskiego miasta, uważanego za kolebkę europejskiej cywilizacji. Chyba nie znalazłoby się odpowiedniejsze miejsce, w którym swoją emeryturą bardziej mogłaby się napawać Maria Linde (Krystyna Janda), polska poetka i jednocześnie laureatka nagrody Nobla, która jednak już dawno liczy jedynie tantiemy za swoją twórczość i zapewne nawet nie pamięta za co przyznano jej Nobla oraz dlaczego.

Linde po prostu cieszy się życiem. Pije wino, organizuje beztroskie imprezy z udziałem intelektualnej elity miasteczka oraz opowiada się za przyjmowaniem uchodźców, szczególnie tych hojnie obdarzonych przez naturę i jurnych. Żyć, nie umierać. W takim iście szklarnianych warunkach wychowała córkę (Kasia Smutniak), która mimo wszystko dystansuje się od matki. Kobieta zdaje się nie rozumieć, że jest bardziej podobna do swojej rodzicielki niż mogłoby się jej to wydawać. Bańka pryśnie w wyniku aktu terrorystycznego, który uruchomi lawinę dawno skrywanych emocji.

Wizualnie film jest małym majstersztykiem; Włochy wylewają się z ekranu, a w dodatku kolorystyka, tak bardzo kontrastująca z ostateczną wymową filmu, sprawia, że można się w tym filmie zakochać. Na szczęście nowy film Jacka Borcucha to nie tylko ładnie pokolorowana wydmuszka. Widać, że Borcuch, wspólnie ze Szczepanem Twardochem, postanowili trochę zabawić się scenariuszem. Nic tutaj - no może poza niepotrzebnie karykaturalnym zakończeniem - nie jest oczywiste.

Całość tryska ironią i chyba jeszcze żaden polski twórca tak wiernie nie sportretował zblazowanych elit, powszechnie uważanych za autorytety. Otrzymujemy portret ludzi zmęczonych swoim statusem, wręcz oderwanych od współczesnego świata, od dawna babrzących się wyłącznie we własnym błotku, przez co całkowicie zatracili trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość.

"Podły, okrutny, zły". Mordowanie jest sexy, a zbrodniarz kocha najbardziej?Zobacz więcej

Jednocześnie jest to też rozprawienie się z poprawnością polityczną. Wygłosisz głośno trafną tezę, której forma może szokować? Masz gwarancję tego, że nikt nie zwróci uwagi na sens wypowiedzi, a jedynie wszyscy zajmą się ozdobnikami. To tak bardzo prawdziwe, że aż przerażające. Zresztą tak samo przerażający jest obraz współczesnej Europy, który kreują Borcuch i Twardoch; Europa zatraciła się sama w sobie i nie ma żadnej koncepcji na rozwiązanie palących problemów. Autorytetów już nie ma, sztuka dzisiaj jest czymś innym, apokalipsa nadchodzi.

Z drugiej strony "Słodki koniec dnia" to też poruszająca opowieść o samotności. Maria Linde, pozornie otoczona przez sztab ludzi, jest sama ze sobą. Każdego dnia walczy o przetrwanie, a jej największym wrogiem jest ona sama. Zmęczenie życiem bierze górę, dlatego może pozwolić sobie na nonszalancję w egzystencji. Już nie może niczego zyskać, ale też niczego stracić.

Krystyna Janda sprawia, że "Słodki koniec dnia" jest tak wiarygodny. Zarykuję stwierdzenie, że to jej najlepsza kinowa rola od lat, jakby napisana właśnie pod założycielkę Teatru Polonia. Jako Maria Linde jest bezbłędna. Zresztą doskonale partneruje jej Kasia Smutniak; aktorka już dawno podbiła Włochy, ale jako polski widz zdecydowanie mam głód oglądania jej w polskich produkcjach, a tutaj mogła połączyć te dwa mianowniki w jedną całość.

"Słodki koniec dnia" to szalenie uwodzicielskie kino. Cichy, skromny, poniekąd kameralny film w pewnym momencie eksploduje, zamieniając się w trafną analizę współczesności, elit oraz wyliniałych autorytetów. To niemalże relacja na żywo z domu, który płonie, gdzie jednak wszyscy domownicy starają się wmawiać sobie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i jedynie ktoś lekko podkręcił ogrzewanie.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 10 maja 2019 roku.

Zobacz galerię

Źródło: Agencja TVN/x-news

Komentarze

Skomentuj
  • Wostek (gość)

    Właściwie niczego nowego się nie dowiedziałem,ale mną wstrząsnął. Obnażył nasz chory konformizm. Jeszcze wczoraj miałem nadzieję, że elity intelektualnej Europy pokażą nam drogę "dobrego wyjścia"z tej naszej "poprawności". Ale tu nikt nie chce zmian! Wygoda, beztroska i konsumpcja pochłonęły nas. Być wolnym na własny rachunek niesie widmo odrzucenia. Rola Pani Jandy bardzo trafnie odegrana,inni aktorzy też świetni. Dzięki za scenariusz i reżyserkę. Aha,Pani Krystyno,w grzywce jest Pani też urocza!!!

    12.05.2019 07:37
  • Marta (gość)

    Urzekły mnie zdjęcia, jak nigdy. Te długie pociągnięcia kamery... Fantastyczne.

    11.05.2019 21:12
  • Lech (gość)

    Powinien to być Złotki koniec Jandy

    11.05.2019 09:24
  • Ala (gość)

    Janda nie kocha Polaków i pewno nie jest dobrą Polka jeżeli ona ma nas gdzieś to ja też myślę że Polacy wystawia jej rachunek

    11.05.2019 09:22
  • kinomanka (gość)

    ,,Krystyna Janda sprawia, że >>Słodki koniec dnia<< jest tak wiarygodny. (...) To jej najlepsza kinowa rola od lat, jakby napisana właśnie pod założycielkę Teatru Polonia". Bo tak właśnie było. Według współscenarzysty i reżysera rola Marii Linde została napisana specjalnie z myślą o Pani Krystynie Jandzie.

    10.05.2019 21:24

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×