"Sugar Man". Film o nadziei, talencie i szczęściu [RECENZJA]

Gwiazda, która nie wiedziała że świeci.

Multimedia

NASZA OCENA: 9/10

Trudno w to uwierzyć, ale opowiedziana historia jest prawdziwa. Niewiarygodna historia zapomnianego amerykańskiego barda, którego muzyka staje się sławna w RPA, a on nic o tym nie wie, wydaje się dowcipem z taniej komedii omyłek.

A jednak. Sixto Rodriguez odnalazł się po pół wieku od wydania dwóch płyt, które nie osiągnęły żadnego sukcesu i po tym jak – jak wieść gminna niosła – popełnił samobójstwo strzelając do siebie po nieudanym koncercie. I w takim niebycie artystycznym Rodriguez tkwił aż do odnalezienia go przez dwóch bardzo upartych fanów. Bo owszem miał fanów, ale na drugim krańcu globu, w RPA, gdzie jego piosenki, stanowiły nieformalne hymny walki z apartheidem. Jeśli można pokusić się o porównanie to jego piosenki były tym, czym piosenki Jacka Kaczmarskiego w czasach komunizmu w Polsce.

Ci dwaj fani, są oprócz Rodrigueza, prawdziwymi bohaterami tej historii, bo gdyby nie ich determinacja artysta byłby wciąż niepoznana kartą w historii muzyki. Droga, która wiodła ich do znalezienia swego idola nie była łatwa. Próbowali odnaleźć go idąc śladem pieniędzy, które trafiały do firmy fonograficznej. Na próżno… Nikt nie chciał rozmawiać o pieniądzach, a najmniej ci którzy zarabiali. Po nieudanych próbach dali ogłoszenie w internecie i po jakimś czasie do jednego z nich zadzwoniła córka Rodrigueza, z informacją, że ów żyje i ma się dobrze. Wtedy zaczyna się opowieść o Rodriguezie z nim samym w roli głównej. Wtedy kończy się też najbardziej sensacyjny rozdział filmu, którego narrację można przyrównać do prowadzenia śledztwa.

Ta cześć bardziej biograficzna nakreśla sylwetkę samego już Rodrigueza, nie zaś jego legendy. I kto wie, czy to nie jest najbardziej intrygujące albowiem Rodriguez zdaje się być człowiekiem z co najmniej innego wymiaru. Duchowego wymiaru. Przypomina kogoś w rodzaju Dersu Uzały z filmu Kurosawy, niezwykle pokornego wobec świata mędrca, który z niesamowitym spokojem przyjmuje to, co mu daje los. Nawet będąc gwiazdą nie walczy, choć pewnie mógłby, o to by ciągnąc zyski ze sprzedaży własnych płyt. Wprost przeciwnie, na jego muzyce zarabia każdy inny, tylko nie on. A nawet jeśli cokolwiek zarabia nic z tego faktu nie wynika dla niego samego: pieniądze rozdaje bliskimi i potrzebującym, a on sam nie wyniósł się nawet z rozwalającego się domku na przedmieściach Detroit. W dodatku cały czas pracuje jako robotnik wykonujący najcięższe i niewdzięczne prace, tak jakby w jego życiu nic się nie zmieniło…

Warto zobaczyć ten film, by przekonać się że są na świecie idealiści, którzy nie wymarli i że nie wszystko jest jeszcze na sprzedaż.

Nie mniej ciekawa w przypadku „Sugar Mana” jest historia reżysera filmu, młodego Szweda, Malika Bendjelloula, który poświęcił temu debiutowi 1000 dni swojego życia. Twórca wykazał się niezwykłym, jak na dzisiejsze czasy uporem, bo Bendjellou zrezygnowawszy z pracy w telewizji, poświecił się całkowicie nie tylko samej realizacji, ale również montażowi, animacji, tworzeniu ścieżki dźwiękowej i większości obróbki materiału. Ale to już stało się po tym jak bardzo powoli i delikatnie zaskarbiał sobie zaufanie Rodrigueza, którego oswajał powoli przekonując, że zależy mu na prawdzie jego postaci i tego filmu o – jak sam mówi: nadziei, talencie i szczęściu.

Beata Cielecka

"Sugar Man". Sprawdź datę emisji

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×