"Frantz". Och, życie kocham cię nad życie! [RECENZJA]

Chociaż „Franzt” Françoisa Ozona mógł pochwalić się największą liczbą nominacji do Cezarów 2017, to finalnie statuetkę za najlepsze zdjęcia otrzymał jedynie Pascal Marti. Konkurencja co prawda była bardzo mocna, ale to i tak nie zmienia faktu, że obraz autora „U niej w domu” nie został należycie doceniony. „Frantz” to wielkie kino zamknięte w kameralnej formie i kolejny bardzo dobry film w reżyserskim CV Ozona.

Multimedia

Za sprawą filmu Françoisa Ozona przenosimy się do Niemiec 1919 roku, gdy po porażce i upadku Cesarstwa Niemieckiego rodziła się Republika Weimarska. Wojna pochłonęła wielu synów niemieckiej ziemi, w tym właśnie tytułowego Frantza, którego grób codziennie odwiedza narzeczona, Anna (świetna Paula Beer). Tyle tylko, że pewnego dnia na grobowcu pojawiają się kwiaty zostawione przez kogoś innego, a Anna widzi oddalającego się z cmentarza mężczyznę.

Kim jest? Po co przyjechał? Czy był dla Frantza kimś bliskim? Te pytania pozostaną bez odpowiedzi nawet w momencie, gdy Adrien (Pierre Niney) pojawi się w mieszkaniu rodziców Frantza, gdzie swoje schronienie znalazła też Anna. Niemcy przyjmą młodego Francuza dość chłodno, będą zdystansowani, po części nie wiedząc w jakiej intencji przyjechał, a także uważając, że każdy Francuz jest winny śmierci ich syna. Tylko Anna będzie chciała poznać bliżej przybysza, jednocześnie szukając odpowiedzi na pytanie, czy Adrien faktycznie był przyjacielem zmarłego czy może kimś zupełnie innym.

Ozon pomysł na swój film zaczerpnął z produkcji Ernsta Lubitscha pt. „Broken Lullaby”, tyle, że tym razem przesunął akcenty. O ile w filmie w 1932 roku obserwujemy wydarzenia z francuskiej perspektywy, tak urodzonego w Paryżu twórcę bardziej interesuje niemiecki punkt widzenia. Wszak to Niemcy zostali upokorzeni przegraną wojną, a porażka przyczyniła się do rozwoju nazizmu. Autor mówi o tym wprost, pokazując jak z niby błahych rzeczy tak naprawdę rodzi się szowinizm.

„Broken Lullaby” oparte jest na sztuce teatralnej Maurice’a Rostanda pt. „L'homme que j'ai tué” i Ozonowi tę teatralność udało się zachować, co szalenie działa na korzyść filmu. Dzięki temu zabiegowi „Frantz” nie jest realizacyjnie monumentalny (a w taki sposób mogliby tę historię próbować ukazać inni twórcy), lecz kameralny, spokojny, wręcz nieco klaustrofobiczny, gdzie emocje podskórnie buzują. Bo to przede wszystkim kino, w którym pierwsze skrzypce grają uczucia, a tych obserwujemy cały wachlarz, od nienawiści do miłości.

Ale niech to nie zabrzmi banalnie, bo chociaż niektóre rzeczy mogą sprawiać takie wrażenie, to finalnie okazują się zgoła odmienne. François Ozon już nie raz pokazał, że perfekcyjnie potrafi fabularnie zmylić widzów i „Frantz” jest kolejnym tego dowodem. To obraz rozpięty między fikcją a rzeczywistością, gdzie prawda schodzi na dalszy plan. Prawda nas wyzwoli? Brzmi piękne, ale ma niestety mało wspólnego z życiem. Dlatego francuski autor opowiada nam o potrzebie kreacji, wynikającej ze strachu przed faktami. Wolimy karmić się pięknymi opowieściami ku pokrzepieniu serc, bojąc się, że nigdy nie będziemy w stanie pogodzić się z faktycznym stanem rzeczy. Wypieramy, selekcjonujemy, pamiętamy tylko to, co dla nas wygodne. Tworzymy na własną potrzebę ułudę, zapewniającą nam bezpieczeństwo, spokój oraz szczęście. Szkoda tylko, że to wszystko jest pozorne oraz fałszywe.

Chociaż początkowo może nam się wydawać, że głównym bohaterem filmu jest Adrien, to tak naprawdę francuskiego reżysera interesuje Anna. Autor w wywiadach nie ukrywa, że to właśnie postać wykreowana przez fantastyczną Paulę Beer przechodzi największą metamorfozę i wraz z nią, jako widzowie, podróżujemy przez film. Urodzona w 1995 roku reprezentantka Berlina zachwyca już od pierwszych minut, grając zarazem subtelnie, ale też wyraziście. W jej kreacji nie ma miejsca na szarżę. Widzę w niej autentyczną ciekawość, dlatego wierzę w tę postać i mam poczucie, że ewoluuje wraz z nią. To cenne.

Isabelle Huppert najlepszą francuską aktorką. Czy zdobędzie też Oscara? [KOMENTARZ+PEŁNE WYNIKI]Zobacz więcej

Innym ważnym bohaterem „Frantza” jest… obraz „Samobójstwo”, namalowany przez Édouarda Maneta. To dość ironiczny ruch, trochę poruszający się po cienkiej granicy taniości, uwypuklający prożyciowe przesłanie filmu Ozona. Bo chociaż Francuz przez 113 minut stara się zmylić czujność widzów, prezentując na ekranie sceny żywcem wyjęte zarówno z dramatów, jak i melodramatów czy romansów, to jego głównym celem było przedstawienie bezsensu wojny. Sytuacja, w której dwójka młodych ludzi strzela do siebie wyłącznie dlatego, że reprezentują inne narody jest równie absurdalna, co późniejsze gloryfikowanie śmierci. Ozon pokazuje nam, że najważniejsze jest życie, bo tylko żywi mają głos i mogą coś zmienić. Szanujcie życie, bo jedynie to macie – zdaje się głośno krzyczeć reżyser i trudno nie przyznać mu racji.

„Frantz” zachwyca stroną techniczną. Zdjęcia, kostiumy oraz scenografia są dopieszczone oraz wystylizowane do granic możliwości. Ciekawym zabiegiem okazało się nakręcenie większości obrazu w czerni i bieli, co jest dość sugestywne, bo w filmie finalnie nic nie jest ani czarne, ani białe. Ponadto Ozon nie ucieka od koloru, sceny reminiscencji są pokolorowane, podobnie jak chyba najlepsza i najbardziej uwodzicielska scena filmu, gdy Adrien i Anna udają się na spacer i w końcu mogą zdjąć maski i przestać grać. Kolor w tej sekwencji wydaje się nawet niezbędny, bo to symboliczne, że w czarno-białej rzeczywistości dwójka ludzi mogła chociaż na chwilę przenieść się do lepszego świata.

Równie doskonała jest muzyką, którą skomponował Philippe Rombi. Widać, a właściwie słychać, że współpracuje z Ozonem od lat, bo tutaj nie ma miejsca na przypadkowe dźwięki, każda nuta idealnie współgra z filmem. W tych dźwiękach nie sposób się nie zakochać i nie odpłynąć przy nich i aż szkoda, że wydana ścieżka dźwiękowa trwa zaledwie 29 minut… Ale chociaż na niecałe półgodziny można przenieść się w inny czas oraz miejsce i zwyczajnie usiąść sobie nad brzegiem rzeki obok Anny i Adriena…

„Frantz” to uwodzicielskie, zwodnicze i szalenie intrygujące kino. Chociaż akcja rozgrywa się tuż po I wojnie światowej, to wymowa całości jest aktualna również dzisiaj. Ale błędem byłby lament nad takim stanem rzeczy, gdyż przecież mamy do czynienia z filmem afirmującym życie. François Ozon trochę szepcze nam do ucha, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każde złe doświadczenie może zaowocować dobrym. „Och, życie kocham cię nad życie!”, jakby zaśpiewała Edyta Geppert.

Nie można odmówić twórcy przenikliwości i celności w obserwowaniu ludzi, co potrafi przelać na scenariusz filmowy, tworząc autentycznych bohaterów oraz pasjonującą historię, wciągającą od początku do końca. No i coś mi podpowiada, że mnogość interpretacyjna „Frantza” sprawi, że zapamiętamy tę produkcję na długo, a w przyszłości będziemy ją wymieniać jako jeden z najlepszych filmów Françoisa Ozona. I to już nie będzie iluzja.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 28 czerwca 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×